Ryszard Kapuściński - pisarz, reporter, poeta.

Drzewa, zagajnik i las – rozmowa z Kapuścińskim

Autor: Jarosław Mikołajewski
źródło: Gazeta Wyborcza
data publikacji: 2004-09-30
——————————————————————–

Jarosław Mikołajewski: Napisał Pan książkę, którą potem drukował w odcinkach, czy pisał Pan odcinki, które na koniec złożyły się w całość?

Ryszard Kapuściński: Zawsze piszę w odcinkach, dotyczy to również „Podróży z Herodotem” i dwóch poprzednich książek, które miały swój pierwodruk w „Gazecie Wyborczej”: „Imperium” i „Hebanu”. I chyba nie umiem pisać inaczej.

Czy zna Pan powody?

Domyślam się ich. Wynika to, jak sądzę, z dziennikarskiego nawyku i poczucia obowiązku. Ze świadomości, że trzeba zdążyć z tekstem na czas, że termin oddania artykułu czy reportażu jest nieprzekraczalny. I to mi pomaga.

W walce z maksymalizmem?

Tak. Eseista czy reporter, który ma nieograniczony czas na oddanie książki, odczuwa pokusę podejmowania coraz to nowych lektur. Uzupełnianie wiedzy, doczytywanie – to groźba, która wykończyła już niejednego maksymalistę. Ja też jestem maksymalistą, a w dodatku bardzo lubię czytać. Do „Podróży…” zgromadziłem 140 książek – gdybym miał je wszystkie pochłonąć, zajęłoby mi to około czterech lat. A pokusa jest wielka, bo czytanie to otwieranie rozgałęzień. Wchodzisz w książkę, ona odsyła do kolejnego dzieła, więc je otwierasz, bo wydaje ci się niezbędne, ale znajdujesz w nim jakieś nowe odniesienia, które otwierają się na dalsze lektury… Można tak brnąć bez końca. I obowiązek przestrzegania terminu czy rytmu – na przykład tygodniowego, jak miało to miejsce w przypadku kolejnych odcinków „Podróży…” – pozwala postawić tej zgubnej pokusie jakąś tamę. Mam za dużą bibliotekę w domu, a przez to zbyt dużą łatwość zaglądania do cytowanych źródeł, żeby dać sobie radę bez terminów. Czasami zazdroszczę pisarzom uprawiającym fikcję, bo ich obszarem jest wyobraźnia. Eseiści czy reporterzy, zanim coś sami powiedzą, mają potrzebę wysłuchania głosów innych autorów. Żeby lepiej zrozumieć to, o czym mają pisać, żeby sprawdzić, czy wszystko wiedzą, a także po to, by się przekonać, że nie wyważają otwartych drzwi – że nie mówią czegoś, co inni powiedzieli przed nimi.

Tak dużo jest książek o Herodocie?

Mnóstwo. W dodatku książki te bywają pisane z wielką pasją, polemicznie w stosunku do innych prac. Ale ci, którzy podejmują tę polemikę, sami też nie mogą być pewni, że mają rację, bo w przypadku postaci takiej jak Herodot, o której wiemy mało, jesteśmy skazani poruszać się przede wszystkim po wielkich przestrzeniach niepewności. I często zdajemy się wyłącznie na intuicję, która, jak wiadomo, bywa zdradliwym doradcą. Dlatego tak ważną rolę odgrywają redaktorzy i konsultanci, którzy chłodnym okiem obserwują te nasze zmagania i ratują nas od gaf czy niekonsekwencji. Nie licząc mojej żony, której wszystko, co napiszę, pokazuję prawie od razu, pierwszym czytelnikiem „Podróży…” był Jan Cywiński, redaktor „Gazety”. Jest z wykształcenia filologiem klasycznym, więc uzyskałem od niego nie tylko serdeczną, lecz także bardzo wyspecjalizowaną pomoc. Miałem też znakomitego konsultanta naukowego – doktora Marka Węcowskiego. Podziękowania należą się również Małgorzacie Sydorczyk, fotoedytorce, która dbała, żeby „Gazetowy” pierwodruk mojej książki ukazał się z odpowiednimi ilustracjami.

Czego uczy Herodot?

Wśród piszących myślicieli Herodot był pierwszym, który zobaczył naszą kulturową planetę jako całość. Byli przed nim ludzie, którzy opisywali poszczególne plemiona czy krainy, ale widzieli je osobno. On jako pierwszy widział nie tylko osobno, lecz równocześnie w całości. Widział drzewa i opisywał ich cechy odrębne, ale dostrzegał także zagajnik, a przy tym ogarniał spojrzeniem cały las. A więc rzeczą, która wyróżnia Herodota, a o której dzisiaj tak często się zapomina, jest świadomość, że niesłychanie ważny dla zrozumienia czegokolwiek jest kontekst. Że rzeczy i ludzie, owszem, istnieją dla siebie i w sobie, ale zrozumieć je można tylko w ich kulturze. I że przez kontekst pojedyncze zjawiska zyskują głębię. Herodot rozumiał, że kultura objaśnia człowieka, że jest jego komentarzem. Dlatego tak skrupulatnie zbierał obserwacje dotyczące obyczajów, wierzeń czy organizacji społeczeństw. Jego książka to dzieje ludzi wtopionych w kulturę, i taki opis jest jego odkryciem. Jego sposób myślenia wpisuje się doskonale w niezwykle ciekawy przełom filozoficzny – w czas przejścia od epoki presokratejskiej do sokratejskiej. Od epoki Heraklita, Anaksagorasa czy Pitagorasa, którzy zadają sobie pytania o pochodzenie świata, kosmos czy pramaterię, do epoki Sokratesa, kiedy w centrum zainteresowania staje człowiek: to, kim jest, co i dlaczego odczuwa, jakie są motywy jego postępowania. Dopiero potem pojawi się Platon. Herodot jest człowiekiem rewolucji sokratejskiej, który łączy w sobie dawną tradycję z nowymi kwestiami filozoficznymi. Skupia się równocześnie na człowieku i jego świecie.

Herodot (ok. 489-425 przed Chrystusem) wyniósł historię z poziomu kronik na poziom nauki i pisarstwa. Urodził się w Helikarnasie, podróżował po Egipcie, Babilonii, Syrii, Azji Mniejszej i Scytii, gdzie zgromadził ogromny materiał dotyczący wojen grecko-perskich, konfliktów europejsko-azjatyckich i uczestniczących w nich ludów. Zebrana przez niego wiedza miała charakter nie tylko polityczny, lecz także etnograficzny. Na dwadzieścia lat przed śmiercią osiadł w Atenach, następnie brał udział w zakładaniu kolonii attyckiej w Turioj na południu Półwyspu Apenińskiego, gdzie zmarł. Jego „Dzieje” są arcydziełem historiografii i literatury – opowieścią rygorystyczną, a równocześnie plastyczną i barwną, o sugestywnych charakterystykach postaci.