Człowiek z bagna

Autor: Barbara N. Łopieńska
źródło: Przekrój nr 28/3029
data publikacji: 2003-07-13

„Polesia czar”… I jak to dalej idzie w tej piosence?

– „To dzikie knieje, moczary…”. Od dawna chcę napisać książkę o moim dzieciństwie w Pińsku, na Polesiu, ale ciągle ją odkładam. Te moje Poleszuki i Pińczuki moje przysyłają mi zdjęcia, albumy, wspomnienia – ta ściana książek to wszystko Pińsk i Polesie.

I będzie pan opisywał dzikie knieje i moczary?

– Będę, dlatego że tych dzikich kniei i moczarów już nie ma. W okresie władzy radzieckiej całe Polesie zostało w katastrofalny sposób osuszone. Wraz z osuszeniem wyginęło ptactwo, cała zwierzyna, jagody, te grzyby, te ryby. Polesie było bagienne, a bagienne tereny charakteryzują się tym, że zawsze sąsiadują z pustynnymi. Jak osuszysz bagna, wychodzi pustynia. Więc odsłoniły się ogromne połacie pustyni.

I są tam teraz skorpiony?

– Są kołchozy. Został tylko jeden mały kawałek prawdziwego Polesia – dzięki temu, że Armia Czerwona miała tam swój poligon artyleryjski i nie wolno było nic ruszać. Reszta została zniszczona. Powstał specjalny instytut odwodnienia i regulacji Polesia i jak to zostało odwodnione, to ten sam instytut został przemieniony w instytut nawodnienia. A kiedyś Polesie było prawdziwą egzotyką. Mnóstwo rzek, kanałów, wielkie rozlewiska. Jak się wsiadło w łódkę, to nie wysiadając, można było dopłynąć do wszystkich oceanów. Pińsk był połączony systemami wodnymi z wszystkimi oceanami świata.

Przez system rzek można było dopłynąć do Bałtyku i z Bałtyku do Atlantyku i można było poprzez Dniepr dopłynąć do Morza Czarnego i z Morza Czarnego poprzez Bosfor do Morza Śródziemnego, a stamtąd przez Kanał Sueski do Oceanu Indyjskiego. Z maleńkiego Pińska można było opłynąć cały świat. Kiedy przychodziła wiosna, a Pińsk leży na małym wzgórzu i dlatego 900 lat temu został tam osadzony, wokół wszystko zalewało. Po drugiej stronie Piny rozlewisko wyglądało jak morze. Polesie było przed wojną ulubionym miejscem wielkich etnografów, którzy przyjeżdżali badać stare formy życia wiejskiego – tak zwane zadrugi. Malaryczne miejsce, ale piękne. To był europejski rezerwat ptactwa.

To zna się pan na ptakach.

– Niespecjalnie, bo mieszkałem w mieście, choć w tym mieście były drewniane kładki jako chodniki.

Ale zna pan łapcie z wikliny?

– Te łapcie nazywały się pustoły i były robione z wierzbowego łyka. Wszyscy na wsi takie mieli. Chodziło się albo na bosaka, albo w pustołach, albo w wysokich butach, jak się było bardzo bogatym. Pustoły były szalenie praktyczne, bo kiedy były mokre, robiły się mięciutkie. W zimie, jak się nie miało butów, to się nie wychodziło na dwór. Poleszuki to był bardzo biedny lud. Więc w końcu napiszę tę książkę, bo mam poczucie wielkiego zobowiązania. O miejscu mojego urodzenia, o tym Pińsku, tak naprawdę niewiele się pisało. Lwów i Wilno – wielkie ośrodki intelektualne – są dobrze opisane, mają literaturę, stowarzyszenia, archiwa, biblioteki. Myślę, że tamten czas i klimat przyjaznej, współistniejącej i współpracującej wielokulturowości Pińska wart jest ocalenia we współczesnym napiętym i zestresowanym świecie.

Mam wrażenie, że jeśli ja o tym nie napiszę, to świat przedwojennego Pińska już nie zaistnieje, bo pozostał chyba tylko w mojej głowie. A szkoda, żeby to tak znikło na dobre. Wiele światów w historii bezpowrotnie zginęło. Człowiek nie może opanować tego, co sam stworzył. Byłem niedawno w Egipcie i rozmawiałem z archeologami. Oni wciąż odkopują i odkopują, więc spytałem, ile z tej starożytności zakopanej w piaskach jest już odkopane. Powiedzieli mi, że ze dwa, trzy procenty. Cała reszta jest w ziemi. To tak, jakby za tysiące lat odkopało się kawałek Pałacu Kultury i tyle by było o dzisiejszej Warszawie wiadomo. I o Egipcie też niewiele wiadomo. Przede wszystkim z powodu braku pieniędzy, bo archeologia strasznie kosztuje.

Dziś odkopuje się jakiś obiekt, opisuje i z powrotem zakopuje, żeby rabusie nie rozkradli i dlatego że najlepiej konserwuje suchy piasek. Najstarsza historia ludzkości jest dziś zachowana jedynie w rzeczach, nie w piśmie przecież, którego albo jeszcze nie było, albo nie potrafimy go odczytać. Dawniej zawód archeologa polegał na tym, że grzebał łopatką, odkopywał, odkurzał, opisywał. Dziś archeologami są często geologowie, geofizycy, biologowie, chemicy. Jeden z archeologów opowiadał mi historyjkę o pewnym francuskim profesorze, który na odkopanie fragmentu jakiejś świątyni w Grecji poświęcił całe swoje zawodowe życie. Potem weszli tam ludzie, którzy do wykrywania tego, co jest pod ziemią, mieli urządzenia jak do rozminowywania pól. Oni wiedzieli, co zostało pod ziemią, i powiedzieli temu staremu profesorowi, że odkopał tyci fragmencik. Profesor przez jedną noc osiwiał.

Ale do odkopania pańskiego Pińska żadna technika poza pana własną, reporterską, nie pomoże.

– Ileż ja bym mógł wiedzieć od swoich rodziców, kiedy jeszcze żyli! Do głowy mi nie przyszło, żeby pytać. Teraz nie mam już kogo. I w ten oto sposób wychodzi cała słabość współczesnej cywilizacji zachodniej. W Afryce od zawsze istniała tradycja opowiadania historii rodzinnych z pokolenia na pokolenie, a i dziś cała rodzina zbiera się wieczorem przy ognisku i opowiada. W ten sposób tworzą się przekazy. Jeśli spotyka się dwóch Afrykańczyków i starają się ustalić swoje korzenie, to każdy potrafi wymienić wielu swoich przodków i kuzynów i każdy jest pełen historii. Europejczyk zupełnie tego nie ma. Nie zna nawet swoich braci ciotecznych. Ja na przykład niektórych nie znam i w ogóle mi do głowy jeszcze nie przyszło, żeby ich poznać. Europejczykom brak nośników pamięci. To wielka słabość Europejczyków.

To jak pan sobie poradzi z książką o własnym dzieciństwie w Pińsku?

– Obrazy z dzieciństwa odciskają się w pamięci i choć zostają przykryte innymi, wciąż istnieją. I jeśli powstaną odpowiednie okoliczności, od razu się odnajdują. Przez 35 lat nie mogłem pojechać do Pińska. Mogłem jeździć do Moskwy, do Samarkandy, mogłem do Taszkientu, ale nie mogłem pojechać do miejsca swego urodzenia. Wpuścili mnie dopiero w połowie lat 70. Kiedy stanąłem na ulicy Kościuszki, od razu rozpoznałem, gdzie jestem, bo mnie tam mama zabierała na lody do restauracji Gregorowicza. Dziś ulica Kościuszki nazywa się Lenina, ale od razu wiedziałem, gdzie jest plac 3 Maja, gdzie Bernardyńska. Potem już mogłem jeździć do Pińska, kiedy tylko miałem czas.

Raz, co opisałem w „Imperium”, przyjechałem i poszedłem do kościoła. Kiedy ludzie wychodzili, powiedziałem, jak się nazywam, i podeszło do mnie kilka starszych kobiet. Żadna mnie nie znała, ale pamiętały moich rodziców. Wtedy odtworzyłem sobie odrobinę mojego, przedwojennego Pińska. Ale i tak z dzieciństwa więcej pamiętam wrażeń niż faktów.

Pana rodzice uczyli w pińskim powszechniaku.

– Mama pochodziła z Bochni, ojciec z Kieleckiego. Polesie to tereny odzyskane przez Polskę po I wojnie światowej i państwo polskie chciało je zasiedlić, wprowadzić polską oświatę, ale nikt nie chciał tam jechać. Powiedzieli moim rodzicom, że jeśli chcą dostać pracę, to niech tam jadą i skończą seminarium nauczycielskie. Więc urodziłem się jako dziecko osadników. W latach 30. mieszkało w Pińsku 32 tysiące ludzi, w tym największy procent ludności żydowskiej na świecie, ale Pińsk był właściwie międzynarodowym miasteczkiem, jak wszystkie miasta kresowe. Ukraińcy, Białorusini, Polacy, Niemcy, Żydzi, Litwini.

W małym Pińsku było pięć cmentarzy i po tych cmentarzach można się zorientować, czym był Pińsk. Cmentarz rzymsko-katolicki, prawosławny, dwa żydowskie cmentarze, bo Żydzi pińscy dzielili się na dwa ugrupowania – na Żydów pińskich i Żydów karolińskich. Jeszcze w latach 20. organizowała się emigracja do Palestyny i pierwsza generacja Żydów w Izraelu to byli Żydzi polescy. Pierwszy prezydent Izraela był z Pińska. W czasie wojny ani jeden dom w Pińsku nie został zburzony, ale ludność została zdziesiątkowana. Polska została wywieziona, rozstrzelana albo wyemigrowała, a żydowska wymordowana. Getto pińskie było drugim gettem po ukraińskim Babim Jarze, które było kompletnie zlikwidowane. W 32-tysięcznym mieście wymordowano 26 tysięcy Żydów.

Widziałam w Internecie zdjęcie domu, w którym się pan urodził. Ładny. [zobacz zdjecie]

– Na pewno mieszkałem w nim od niemowlęctwa. Teraz trzy domy w Pińsku kłócą się o to, w którym się urodziłem. Kiedy rozpadł się ZSRR, chcieli ten dom zburzyć, ale zrobił się wśród Polonii białoruskiej krzyk i burzenie wstrzymano, a potem go wyremontowali i dali tablicę z napisem: „Zdies proszło dziectwo Kapuscinskowo”.

No i kak proszło?

– Do wybuchu wojny szczęśliwie. Chodziłem do szkoły powszechnej numer pięć, która mieściła się przy ulicy Kościuszki numer osiem, a po szkole czepiałem się dorożek.

Jaka była atmosfera pana rodzinnego, kresowego domu? Bogoojczyźniano-patriotyczna strażnica polskości?

– Nie wiem, nie pamiętam. Wyjechałem z Pińska w 1940 roku. Przychodziło do nas NKWD i wiadomo było, że jesteśmy przeznaczeni do wywózki. Mama wzięła mnie i siostrę i uciekliśmy furmankami, potem pociągiem do Lwowa, a stamtąd do Przemyśla. Ojciec, oficer rezerwy, uciekł z transportu do Katynia. Kiedy wyjechaliśmy z Pińska, po raz pierwszy jechałem koleją, a potem po raz pierwszy w życiu, kiedy miałem dziewięć lat, zobaczyłem tramwaj i miasto. Zobaczyłem w 1940 roku Warszawę. A symbolem dużego miasta był dla mnie tramwaj. Pociąg w mieście. Okupację spędziliśmy na wsi i wróciliśmy do Warszawy w 1945 roku, ale wtedy, w zburzonej Warszawie, nie było już tramwajów. Może wtedy właśnie skończyło się moje dzieciństwo?

No, ale czym za młodu skorupka nasiąkła?

– Ukształtowało mnie wszystko to, co kształtuje tak zwanego człowieka kresowego. Człowiek kresowy zawsze i wszędzie jest człowiekiem międzykulturowym – człowiekiem „pomiędzy”. To człowiek, który od dzieciństwa, od zabawy na podwórzu, uczy się tego, że ludzie są różni i że inność jest po prostu cechą człowieka. Ten, który wychowuje się wśród różnych języków i zachowań. W Pińsku jeden dzieciak zabierał z domu śledzia, drugi kulebiak, a trzeci kawałek kotleta. Myśmy to wszystko razem zjadali i to był pierwszy wspólny stół. Kresowość to otwarcie na inne kultury, a nawet więcej – ludzie kresowi nie traktują innych kultur jako innych, ale jako część własnej kultury.

To pan dlatego jeździ po świecie, że jest człowiekiem kresowym?

– Rzeczywiście, nigdy nic nie napisałem o Europie. Wspominam swój Pińsk jako bardzo dobre miejsce. To było miasteczko życzliwych ludzi i życzliwych ulic. Do czasu wybuchu wojny nie widziałem tam żadnego konfliktu. Miejsce bez ostentacji, bez zadęcia, miejsce skromnych, prostych ludzi. Moi rodzice jako nauczyciele też byli takimi ludźmi. Może dlatego dobrze się zawsze potem czułem w tak zwanym Trzecim Świecie, gdzie ludzi cechuje nie zamożność, ale gościnność, nie ostentacja, ale współpraca.

Ludzie żyli na Polesiu na skromną ludzką miarę, a Pińsk był jak arystotelesowska definicja miasta, w którym wszyscy się znają choćby z widzenia. To wyróżnia miasta kresowe, które stwarzały klimat przyjaźni. Wspomnienie Pińska do wybuchu wojny to wspomnienie przychylnego miejsca. Tego właśnie szukam po całym świecie.

ROZMAWIAŁA BARBARA N. ŁOPIEŃSKA

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn