Ryszard Kapuściński - pisarz, reporter, poeta.

Człowiek drogi… według Ryszarda Kapuścińskiego

Autor: Joanna Pietrzak-Thebault
źródło: Głos Katolicki (Polska Misje Katolicka w Paryzu)
data publikacji: 2006-01-08
——————————————————————–

Ryszard Kapuściński jest jednym z najbardziej znanych na świecie polskich pisarzy. Podróżuje od blisko 50 lat, wydał 25 książek, reportaży i zapisów wrażeń zcałego świata. Niemal wszystkie tłumaczono. Po francusku ukazały się: Cesarz (1984 i 1994), Szachinszach (1986), Jeszcze jeden dzień życia (1988), Imperium(1994), Heban (2000 i 2002). Laureat niezliczonych nagród – ostatnią był w połowie grudnia „Złoty laur”, nagroda Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Od kilku lat wymieniany jest wśród kandydatów do literackiej Nagrody Nobla. Niedawno Kapuściński opublikował także tomik wierszy.

JPT: Gdyby mógł Pan pojechać w podróż z Trzema Królami, to jak by ona wyglądała?

RK: Nie pojechałbym w podróż z Trzema Królami. Nie tylko dlatego, że staramsię unikać królów, wielkich tego świata, jak mogę, ale także dlatego, że podróżować trzeba samemu.

JPT: Ale z Herodotem pan podróżował…

RK: Jeździłem z jego książką [„Podróże z Herodotem” to ostatnia/najnowsza książka RK], która stanowiła jakby część przygotowań do moich podróży. Bo podróżować trzeba samemu. Miałem wielokrotnie takie propozycje, żeby zrobić film ze mną, żeby towarzyszyła mi ekipa – zawsze odmawiałem. Podróż reportera jest podróżą samotną.

JPT: Karawana Trzech Króli, do których Pan się nie przyłączy, szła za gwiazdą,dzisiaj wiemy za jaką. A za jaką gwiazdą idą samotni, jak Pan, podróżnicy?

RK: Tą gwiazdą jest ciekawość świata. Jest taka niewielka grupa ludzi, których interesuje po prostu świat i to, co dzieje się gdzieś dalej poza ich rodziną, poza ich domem, regionem, krajem. Jest to taka fascynacja, pasja i oni starają się ją zaspokoić.

JPT: I jak każda pasja nie daje się wytłumaczyć…

RK: Tak, to po prostu zainteresowanie, stosunkowo rzadkie zresztą. Na ogół ludzie przemieszczają się z przymusu: uciekają przed głodem, przed wojną, przed zarazą. Jeśli człowieka nie zmusić do podróżowania, to nie będzie on podróżował.

Podróż, z wyjątkiem tego grona ludzi zafascynowanych, jest sytuacją wymuszoną. Podróżujący stara się jak najszybciej przerwać ją i dotrzeć do miejsca, gdzie będzie mógł osiąść i się ustabilizować.

JPT: Zaskakuje mnie Pan, kiedy mówi, że ludzie nie interesują się światem. Todlaczego czytają gazety, oglądają TV, chcą wiedzieć, co dzieje się nawet bardzodaleko od ich kraju?

RK: Musimy pamiętać zawsze o pewnych proporcjach – jest nas 6,5 miliarda ludzi na świecie – no, to ile ludzi interesuje się tym, co się dzieje? 150 milionów? Takie bierne oglądanie świata w TV, a podróżowanie to jest wielka różnica – dlamnie, dla ludzi do mnie podobnych podróżowanie jest potrzebą, jest po prostu warunkiem życia, jego formą.

JPT: A czy nie ma jakiejś formy dostępniejszej, pośredniej między biernym oglądaniem TV a spędzaniem życia w podróży?

RK: Właściwie nie ma, bo ludzie dzielą się definitywnie na „osiadłe stado” i na tych, dla których podróżowanie stanowi sens życia. Wówczas każda wyprawa ma jakiś cel, poprzedzona jest przygotowaniami, kieruje się konkretną myślą itd. Jeździmy właściwie tak samo jak Herodot – lat temu – żeby coś zrozumieć.

JPT: Herodot nie był przecież jedynym podróżującym Grekiem…

RK: No, nie, już 2.500 lat temu w Grecji ruch turystyczny był bardzo dobrze rozwinięty.

JPT: A ja myślałam, że to zjawisko typowo współczesne.

RK: Nie, turyści byli od dawna, są i będą. Teraz ten ruch jest bardziej masowy dlatego, że środki komunikacji się rozwinęły, stały się dostępniejsze. Ale turyści – to nie podróżnicy – turyści zmieniają miejsce pobytu czasowo, żeby odpocząć, zaznać trochę słońca.

JP: To źle, że tak robią?

RK: Nie, bardzo dobrze. Ludzie dzisiaj pracują bardzo ciężko i mają kłopoty z odzyskaniem siły fizycznej, psychicznej. Nawet chwilowa zmiana trybu życia, klimatu, zawsze są pożyteczne, służą odnowieniu człowieka. Poza tym istnienie turystyki, przyjazdy turystów to zawsze dobry objaw. Oznacza, że w miejscu, do którego ludzie chcą przyjeżdżać panuje spokój. Ludzie przyjeżdżają tam, gdzie czują się bezpiecznie. Turystyka rozwija się i będzie się rozwijać i trzeba ją popierać.

JP: Wspomniał Pan o „turystach” w średniowieczu. Czy to byli turyści, czy raczej pątnicy, pielgrzymi i czy to jest duża różnica?

RK: No, wtedy, jak zawsze, było wiele kategorii podróżujących: handlowcy, kupieckie karawany. Ludzie przemieszczają się w różnych celach. Nazywało się ich wszystkich „ludźmi drogi”. Wiele zależy od kultury – są kultury wędrowne, podróżujące i takie, które tego podróżowania w sobie nie mają.

JP: A nasza kultura?

RK: Nasza kultura jest taką kulturą pogranicza.

JP: Czy wobec tego ludziom pogranicza łatwiej podróżować?

RK: Niekoniecznie – o, ci, których przesiedlono np. ze Lwowa do Wrocławia siedzą tam całe życie, są ludźmi z natury „osiadłymi”. To są migracje przymusowe.

JP: Czy z takiej podróży przymusowej, z doświadczenia migracji, emigracji, może wyniknąć coś dobrego?

RK: Każda podróż jest zawsze pożyteczna, bo widzi się więcej świata, więcej ludzi się spotyka, takie rozszerzenie kontaktów jest zawsze pożyteczne.

JP: A czy w Pana podróżach było może szczególne miejsce, gdzie podróż i religia jakoś się spotkały? Miejsce, gdzie przeżycie religijne, duchowe ludzi, którzy dokądś przyjechali było wyjątkowo fascynujące?

RK: Takich miejsc jest bardzo dużo i pielgrzymi są jedną z najliczniejszych „kategorii” ludzi podróżujących. Właściwie pielgrzymuje się we wszystkich religiach: robią to oczywiście katolicy, ale także buddyści, muzułmanie, konfucjaniści.W każdej religii element pielgrzymowania do miejsc świętych jest ważną formąprzejawiania swojej religijności – do tego stopnia, że w islamie ten, kto odwiedził miejsca święte, Mekkę i Medynę, uzyskuje specjalny tytuł „hadżdż”.

JPT: Pan tam wszędzie był?

RK: Właściwie poza tą Mekką i Medyną, gdzie wejście zarezerwowane jest dlamuzułmańskich pątników, byłem chyba we wszystkich ważniejszych miejscachpielgrzymkowych na świecie i właściwie wszystkie one są podobnie fascynujące. Są też takie miejsca, które nie są celem pielgrzymek sensu stricte, a które wywierają ogromne, niezatarte wrażenie – jak np. Góra Nebo na Synaju, skąd Mojżesz zobaczył po raz pierwszy Ziemię Obiecaną.

JPT: Czy takie patrzenie „z zewnątrz” na sanktuaria ma jakiś sens?

RK: Ma ogromny sens, bo tam wszystko występuje w sposób jakby „skondensowany”, wyjątkowo intensywny. Pomijając nawet wymiar czysto duchowy, dla podróżnika odwiedzanie miejsc religijnych jest ważne w poznawaniu danej kultury. Warto tam być, odczuć tę atmosferę, nawet jak się jest człowiekiem z zewnątrz. I to można poczuć, nawet jeśli do samego święte miejsca, jak w Mekce, nie można się dostać. Już to wszystko, co dzieje się wokół sanktuarium bardzo dużo daje.

JPT: Dziękuję za rozmowę.

Joanna Pietrzak-Thebault