Ryszard Kapuściński - pisarz, reporter, poeta.

Czarna niesprawiedliwość

Autor: Ryszard Kapuściński
źródło: Newsweek numer 51-52/03, strona 134
data publikacji: 2003-12-26
——————————————————————–

Pół wieku temu Trzeci Świat odzyskiwał niepodległość i był trendy. Wyzwolenie dawnych kolonii miało być aktem globalnej sprawiedliwości, odkupieniem historycznych grzechów Europejczyków. Dlaczego to się nie udało?

Wiek XX zwykliśmy nazywać stuleciem totalitaryzmów, wojen, holocaustu. Zarazem jednak było to stulecie nadziei, żywionej przez pojedynczych ludzi, całe narody i społeczeństwa. Nadziei – przynajmniej w pewnych okresach – uzasadnionej.

W minionych stu latach znaczna część mieszkańców globu doświadczyła przełomu uprzemysłowienia i urbanizacji – na początku XX wieku ponad trzy czwarte ludności planety mieszkało na wsi, sto lat później mniej niż połowa. Ta zmiana pozwalała mieć nadzieję na poprawę losu, bo życie w burzliwie rozwijających się miastach epoki przemysłowej wydawało się łatwiejsze.

Całkowicie zmieniły się także mapy polityczne świata – te z końca wieku nie przypominają tych z jego początku, na których przeważającą część lądów i kontynentów zajmują terytoria zależne, skolonizowane. Większość dzisiejszych państw wówczas nie istniała, i to nie tylko tych, które kojarzymy dziś z Trzecim Światem. Po I wojnie światowej niepodległość zdobyło przecież szereg państw europejskich, wraz z Polską.

Podobny proces po II wojnie światowej objął Azję i Afrykę. Wśród europejskich elit zaczęła dominować świadomość, że kolonializm jest czymś niemoralnym. A z drugiej strony – przestał być opłacalny ekonomicznie, bo na skutek rozwoju technologicznego surowce naturalne stawały się coraz mniej potrzebne. Kolonie przestają zatem być świadectwem potęgi, stają się kulą u nogi państw bogatych. W efekcie w samym tylko 1960 r., który stanowił apogeum niepodległościowych dążeń Afryki, 17 państw tego kontynentu uzyskało niepodległość. Towarzyszył temu powszechny optymizm, zarówno na kontynencie, jak i w całym świecie rozwiniętym.

„Czarny Ląd budzi się do życia” – to nie było tylko puste hasło propagandowe. Nazwiska afrykańskich przywódców tamtej doby – Patrice’a Lumumby z Konga, Kwane Nkrumaha z Ghany, Abdela Nasera z Egiptu, Juliusa Nyerere z Tanganiki – znało niemal każde dziecko na całym świecie. To byli bohaterowie pierwszych stron gazet, rozpalali zbiorową wyobraźnię. Można było mieć wrażenie, że cały świat kibicuje młodym państwom afrykańskim.

Owszem, propaganda w bloku sowieckim kokietowała Trzeci Świat, aby uczynić zeń stronnika w zimnej wojnie. Ale optymizm, który towarzyszył politycznemu przebudzeniu Afryki, był autentyczny, nie propagandowy. W połowie XX wieku silna wiara, że niepodległość rozwiąże wszystkie pozostałe problemy tego kontynentu, była powszechna na całym świecie, nie tylko w bloku wschodnim.

I była też mocno zakorzeniona w ówczesnych teoriach ekonomicznych i politycznych. Poważni teoretycy zachodni, dyrektorzy wielkich światowych instytutów, uważali, że wraz z niepodległością przyjdzie dobrobyt.

Ludzkość jeszcze wtedy wierzyła, że postęp jest linearny i nieprzerwany. W Europie właśnie rozkwitało w najlepsze państwo opiekuńcze, które po raz pierwszy w historii na taką skalę postawiło sobie za cel wyrównanie poziomu życia warstw uboższych. W latach 50. i 60. XX wieku na całym świecie powstały rozmaite centra naukowe, instytuty zajmujące się teoriami rozwoju. Mimo trwającej zimnej wojny właśnie to był szczytowy moment wiary w globalną sprawiedliwość. Powstawaniu kolejnych niepodległych państw afrykańskich towarzyszyła powszechna euforia. Afrooptymizm ogarniał nie tylko rozemocjonowane tłumy na tym kontynencie, ale udzielał się także najtęższym umysłom planety.

Wybitny amerykański ekonomista Walt Rostow sformułował wówczas tzw. teorię zerowego wzrostu. Głosiła ona, że wprawdzie na razie Szwajcaria i Holandia są dużo zamożniejsze od Gabonu czy Laosu, ale osiągnięcie przez Trzeci Świat pułapu ekonomicznego państw Zachodu jest tylko kwestią czasu, i to niedługiego. Z Rostowem polemizował wprawdzie francuski ekonomista René Dumont, autor książki „Czarna Afryka źle wystartowała”, ale ich polemika wcale nie dotyczyła tego, czy Afryka dogoni gospodarczo Zachód, ale – kiedy to nastąpi. Kiedy państwa Trzeciego Świata zgromadzą wystarczającą ilość bogactw – i doświadczeń – by rozwijać się w takim samym tempie, jak Europa czy Ameryka Północna? Za dwadzieścia czy za trzydzieści lat? Bo co do tego, że nastąpi to jeszcze w XX wieku, obaj uczeni się zgadzali.

Toteż w samej Afryce społeczne nadzieje były ogromne. Zwłaszcza że pierwsza generacja przywódców nowych państw to osobowości dużego formatu: młodzi, świetnie wykształceni na najlepszych zachodnich uczelniach, idealiści, z poczuciem misji. Zdawało się, że są skazani na sukces.

Dziś już wiemy, że ponieśli klęskę. Ze swym poczuciem misji i idealizmem zasiedli w fotelach i limuzynach pozostawionych przez starą, kolonialną klasę rządzącą. Nie potrafili zreformować struktur kolonialnego państwa, które w momencie uzyskania niepodległości stało się wprawdzie anachroniczne, ale jednocześnie gwarantowało nowym elitom mnóstwo przywilejów. I elity te zaczęły bronić swego statusu jak niepodległości. Najdosłowniej: wszelkie nawoływania do reform były tępione jako antypatriotyczny zamach na młode afrykańskie państwowości. W efekcie państwa Trzeciego Świata w ogóle nie zostały zaadaptowane do nowej rzeczywistości politycznej, w jakiej miały funkcjonować.

Karta Afryki, uroczyście podpisana w 1962 r. w Addis Abebie przez wszystkich przywódców niepodległych państw kontynentu, w istocie zakonserwowała porządek ustalony na kongresie berlińskim w 1885 r. przez mocarstwa europejskie. Granice i struktury państwowe, wytyczone przez państwa kolonialne, uznano tam bowiem za nienaruszalne. Oczywiście był w tym element racjonalny, bo wszystkie państwa afrykańskie są wieloplemienne, wieloetniczne i wieloreligijne – i każda próba naruszenia narzuconego niegdyś porządku musiałaby wywołać efekt domina, prowadzić do kompletnego chaosu. Wszyscy mogliby zacząć walczyć ze wszystkimi.

Żeby uniknąć takiego scenariusza, zakonserwowano więc stare struktury – i okazało się, że nie są one w stanie zapewnić nowym państwom oczekiwanego rozwoju. Wtedy, w połowie lat 60., nastąpiła w Afryce pierwsza wielka fala zamachów wojskowych. Afryka przechodzi pod władanie elit militarnych.

Dlaczego pierwsze pokolenie charyzmatycznych przywódców afrykańskich poniosło tak spektakularną klęskę i zostało zmiecione ze sceny politycznej? Jego członkowie byli świetnie wykształceni – to prawda. Byli prawdziwymi patriotami – to też prawda. Ale nie mieli żadnego niezbędnego doświadczenia politycznego: zanim stanęli na czele swych państw, byli – np. jak Julius Nyerere – nauczycielami. I dlatego ich szczytne intencje zderzyły się z realiami codziennego życia. Z narastającą biedą, z niesprawnymi strukturami władzy pozostałymi po czasach kolonialnych – nieskutecznymi w nowych warunkach, skorumpowanymi. Niepodległościowi liderzy weszli w buty kolonizatorów. Nie potrafili lub nie chcieli stworzyć systemu wielopartyjnego ani innych mechanizmów demokratycznej wymiany elit i ich dialogu ze społeczeństwem.

Dlatego przewroty wojskowe lat 60. przyjmowane były z entuzjazmem. Wojsko było jeszcze wtedy postrzegane jako siła „ocalenia narodowego” -jedyna instytucja nie tylko patriotyczna, ale i czysta, wolna od korupcji. Zdolna do oczyszczenia stajni AugiaszaJaką było państwo postko- lonialne. Dlatego ta fala zamachów wcale nie przekreśliła afrooptymizmu; przeciwnie – dała mu nowy impuls. Wojsko kojarzyło się z siłą i skutecznością, których tak bardzo brakowało w pierwszych latach niepodległości. Ludzie łudzili się więc, że teraz wreszcie nastanie porządek, a wraz z nim sprawiedliwość.

Afrooptymizm umiera dopiero na początku lat 70. Bo nie dość, że obiecana sprawiedliwość i dobrobyt nie nadchodzą, a wojskowe reżimy są jak najdalsze od prób reformowania państwa, to jeszcze Trzeci Świat -jako spójna całość – przestaje w tym czasie istnieć. Pozostaje nadal Biedny, ale w swojej biedzie – coraz bardziej zróżnicowany.

Wcześniejsi historyczni liderzy – choćby Nkrumah, Naser – byli przez świat postrzegani jako przywódcy ponadregionalni, formułujący – np. poprzez ruch państw niezaangażowanych – politykę i wyrażający oczekiwania całej Afryki czy całej Azji wobec świata rozwiniętego. W latach 70. to się skończyło:wspólny głos Trzeciego Świata zamilkł;partykularne interesy wzięły górę nad zbiorowymi.

I to jest jeden z powodów, dla których euforia pierwszych lat niepodległości definitywnie się kończy, a rozpoczyna się era „afropesymizmu”. Ale nie jedyny. Bo na kryzysy stricte polityczne nałożyła się seria niezwykle dotkliwych susz, przesuwających się od Sahary coraz bardziej w głąb kontynentu.

Przyzwyczajeni do europejskich realiów nie doceniamy wpływu morderczego klimatu na gospodarkę afrykańską. Tymczasem on sprawia, że samo przeżycie jest tam gigantycznym wysiłkiem, a nieznośny upał i deficyt wody pitnej wywołują infekcje, osłabiające ludność na tyle, że o europejskiej wydajności pracy w ogóle nie ma co myśleć.

Skutkiem suszy był w warunkach afrykańskich nie tylko doraźny głód, ale trwała zmiana stosunków społecznych. W latach 70. doszło tam do – znanej z Europy początków wieku – wielkiej migracji ze wsi do miast. Przy braku plonów wydawała się jedynym sposobem na przeżycie. W miastach można było liczyć na nędzny, ale zawsze jakiś zarobek; tylko do większych skupisk ludzkich docierała pomoc humanitarna. W efekcie ucieczki ludności ze wsi ilość żywności produkowanej przez kontynent – i tak niewystarczająca – jeszcze się dramatycznie zmniejszyła. I to trwale: musiałoby minąć wiele lat, zanim zostawione odłogiem poletka afrykańskie znowu zaczęłyby dawać plon; to samo dotyczy odtworzenia stad hodowlanych. A afrykańskie miasta obrosły dzielnicami slumsów, w których ulokowali się ubodzy przybysze ze wsi. Dzielnicami, które stały się rozsadnikiem niepokojów społecznych, destabilizującymi i tak słabe państwa.

Do tej destabilizacji przyczyniła się też wciąż trwająca zimna wojna. Waszyngton i Moskwa unikały frontalnej konfrontacji, ale walczyły o przekształcenie kolejnych państw niezaangażowanych z całego świata w swych sojuszników. W efekcie Afryka stała się w latach 70. swoistym poligonem zastępczych prób sił między mocarstwami i areną krwawych konfliktów między ruchami proamerykańskimi i prosowieckimi.

Gdy na początku lat 90. zimna wojna dobiegła końca, dla Afryki paradoksalnie nie wynikło z tego wiele dobrego. Owszem, upadła większość najkrwawszych despotów (choćby Idi Amin w Ugandzie, Bokassa w Republice Środkowej Afryki), wiele konfliktów zbrojnych straciło swą dynamikę, zaś w części państw po raz pierwszy od czasu odzyskania niepodległości różne formy władzy autorytarnej zostały zastąpione przez rządy demokratyczne. Senegal, Ghana, Burkina Faso, Botswana, Zambia, Mali, Kenia, od niedawna Mozambik – tam demokracja funkcjonuje całkiem przyzwoicie. Słowem – żyjemy dziś w epoce afrorealizmu, to znaczy sytuacja na tym kontynencie różnicuje się w zależności od kraju – jedne z nich pędzą ubogie, ale normalne życie, inne pogrążone są w głębokim kryzysie, w anarchii.

Ale wśród nędzarzy jedyną dającą się pomyśleć formą sprawiedliwości jest równe dzielenie biedy. Natomiast żywności i innych dóbr wcale na kontynencie nie przybywa; za to po konfliktach poprzednich dekad pozostało mnóstwo taniej, łatwej do zdobycia broni. I ta broń niekoniecznie jest w rękach państwowych armii.

Bo o ile w części państw demokracja- choć biedna i słaba – jakoś działa, w wielu punktach Afryki słabość postkolonialnego państwa doprowadziła do konsekwencji ostatecznych, tzn. do całkowitego rozpadu struktur państwowych. Somalia, Liberia, Sierra Leone, Sudan, Kongo, Angola, nawet kwitnące jeszcze nie tak dawno Wybrzeże Kości Słoniowej – tam życie społeczne w wielu regionach cofnęło się do czasów przedkolonialnych; przetrwały jedynie więzi rodzinne, plemienne. Wiele z tych państw istnieje tylko na papierze; w najlepszym razie władza centralna kontroluje jedynie stolicę.

Całą resztą rządzą swobodnie przenikający przez na półfikcyjne granice państwowe warlordowie. To pozostający poza wszelką kontrolą przywódcy lokalnych grup zbrojnych, opartych na więziach plemiennoklanowych. Kiedyś kontrolowali głównie odległe od centrali tereny wiejskie, dziś coraz częściej wkraczają do afrykańskich metropolii.

Mogłoby się zdawać, że zaprowadzają kaleką bo kaleką, ale jednak sprawiedliwość tam, gdzie struktury państwowe okazują się bezradne. Ale to „sprawiedliwość” zupełnie dzika. W Afryce nie ma Janosików ani Robin Hoodów zabierających bogatym, a oddających biednym. Oni zabierają innym, by dać swoim, a głównie – sobie. Zresztą z perspektywy państw rozwiniętych sami nie opływają w bogactwa. Ich luksusy to stare samochody, o których reszta Afrykańczyków może jedynie pomarzyć

Warlordowie są na skalę afrykańską samowystarczalni. Mają broń, więc nie boją się słabych armii państwowych. Mają pieniądze, bo kontrolują handel właśnie bronią, narkotykami i diamentami, więc nie potrzebują uczestniczyć w legalnym życiu gospodarczym. Nie potrzebują też poparcia Moskwy czy Waszyngtonu. Nawet poważne, zachodnie organizacje zajmujące się pomocą humanitarną muszą dogadywać się z nimi, a nie z rządami. Mają alternatywę: albo połowa żywności dotrze do głodujących, a połowa stanie się daniną dla warlordów, albo rozkradzione zostanie wszystko.

Poza organizacjami humanitarnymi rozwinięta część świata w ogóle nie ma z warlordami do czynienia. Bo koniec zimnej wojny to zarazem koniec zainteresowania świata kontynentem afrykańskim. Mocarstwa wprawdzie nie wywołują już tam nowych konfliktów, ale też przestały mieć jakikolwiek interes w rozwoju poszczególnych państw i kontynentu. Afryka jest prawie nieobecna w mediach.Tylko 2 proc. światowych inwestycji lokowanych jest na tym kontynencie,

Krzywda Afryki nie sprowadza się więc tylko do zwykłej biedy. Biedak myśli: dziś jest mi źle, ale któregoś dnia mój los się odmieni i będzie lepiej. Tymczasem afrykańska bieda wydaje się nieusuwalna. Nie widać, skąd miałaby nadejść odmiana losu. Zachód lituje się nad zagłodzonymi dziećmi afrykańskimi, ale nie ma na Afrykę żadnego pomysłu. I zajęty sam sobą nawet nie bardzo próbuje coś wymyślić.

Szermuje się dziś oskarżeniami o globalizm, tymczasem tak naprawdę żyjemy w czasach groźnego antyglobalizmu. Antyglobalizmu, który uznaje problemy świata rozwiniętego za jedynie istotne. Antyglobalizmu, czyli zaniku politycznych i gospodarczych wizji dla całej planety. A bez takiej wizji – o Afryce korzystającej z dobrodziejstw sprawiedliwości globalnej można zapomnieć.