„Chłopiec z mydełkami” recenzja książki „Podróże z Herodotem”

Autor: Krzysztof Masłoń
źródło: Rzeczpospolita
data publikacji: 2004-10-02
——————————————————————–

To jedna z najdziwniejszych książek Ryszarda Kapuścińskiego, może najbardziej dziwna. Wspomnieniowa i współczesna, reportażowa i historyczna, biograficzna i socjologiczna, a w jakiejś mierze polityczna też. Można rzec, że powstała niejako z przekory; oto sławny reporter zamiast pisać o „tu i teraz”, odwraca się ku temu, co „tam i kiedyś”. Ale czy aby na pewno?

Herodot opisywał wojnę, „w której Persja ma podbić Grecję, a to znaczy – Azja ma zawładnąć Europą, despotyzm ma unicestwić demokrację, a niewolnictwo rozprawić się z wolnością”. Ryszard Kapuściński autora „Dziejów” pokazuje jako człowieka, dla którego dwa i pół tysiąca lat temu nie było większego zła nad tyranię, człowieka wielkiej tolerancji i ogromnej ciekawości świata i ludzi. W jednej osobie reportera i historyka, etnografa i antropologa. Ale przecież „Podróże z Herodotem” nie są książką o Herodocie, a przynajmniej nie tylko o nim.

Kapuściński opowiada w niej i o swoich podróżach, o swoim poznawaniu i odkrywania świata. Nigdy nie zapomnę opisanego w „Podróżach z Herodotem” koncertu Louisa Armstronga w Chartumie, gdzie tłumy słuchały sławnego „Satchmo” w milczeniu. Będę pamiętał opowieść o hotelu w Pekinie, w którym nie można było zamknąć drzwi, a naprzeciw przez cały czas obserwował autora „Podróży… ” przydzielony mu opiekun. W zdumienie wprawiła mnie – a pewnie tak będzie i z innymi czytelnikami – historia o pierwszym wyjeździe Kapuścińskiego za granicę – do Indii, gdzie pojechał nie znając angielskiego i dopiero na miejscu uczył się tego języka z „Komu bije dzwon” Hemingwaya. Czyż wszystko to jest mniej ciekawe niż np. opisane przez Herodota dzieje Zopyrosa, który straszliwie się okaleczył, by – jako rzekoma ofiara Dariusza – wkraść się w łaski Babilończyków, zdobyć ich zaufanie i w odpowiednim momencie otworzyć bramy Persom?

Herodot w „Dziejach” opisał świat, w jakim przyszło mu żyć. Świat, który poznał i o którym mu opowiedziano. Pamięć musiał mieć fenomenalną, w końcu ówczesny przekaz był niemal wyłącznie ustny i sam Herodot zarabiał przecież w ten sposób, że to, co zapisał, odczytywał publicznie. Podobno za recytację jakiegoś ustępu z wojen perskich, w którym sławił Ateny – niewykluczone, że właśnie odczytywał publicznie fragment pierwszych ksiąg „Dziejów” – otrzymał w 446 roku przed Chrystusem dziesięć talentów. To była fortuna.

Leśne stworzenie

Co decyduje o pisarskim sukcesie? W przypadku Ryszarda Kapuścińskiego – szczerość. Pisarz zdobył zaufanie czytelników, o czym pomarzyć może tylko wielu innych, uznanych autorów. Ale też to zaufanie twórca „Podróży… ” troskliwie pielęgnuje, chucha na nie i dmucha, a to oznacza, że w swoim dialogu z odbiorcą książek przekraczać musi kolejne bariery, bo czytelnik chce wiedzieć coraz więcej. Już nie tylko o świecie przez Kapuścińskiego opisywanym, ale i o nim samym.

I pisarz otwiera się. Sięga do wspomnień sprzed lat czterdziestu, pięćdziesięciu. I tak jak odkrywał przed nami współczesność, tak teraz ukazuje przeszłość. Zadziwiającą, ale autor dziwi się razem z nami. Zadaje to samo co my pytanie: więc tak to było, tak to wyglądało? Taki byłem, wyjeżdżając pierwszy raz do innego świata? Oszołomiony, wylękniony, fatalnie ubrany. „Nie trzeba było nosić przy sobie paszportu – powiada – na odległość widziało się, kto jest z której strony żelaznej kurtyny”.

W Rzymie – będącym przystankiem w drodze do Indii – pakuje do walizki obrzydliwy, szewiotowy garnitur, nylonową koszulę, krawat w kratkę i buciory o grubych, sztywnych rantach. Cały ten uniform zgodny z modą a la Pakt Warszawski, rok ’56. Odpicowany w śnieżnobiałą, włoską koszulę, modny krawacik w groszki, w nowym garniturze dalej postrzegany jest jako ktoś, kto przybywa z odmiennego świata, nie jest w stanie ukryć tego, co go „ukształtowało i naznaczyło”. Wciąż jest obcy, wciąż przypomina leśne stworzenie, „z szeroko otwartymi oczyma, które próbują coś dojrzeć, przeniknąć, rozróżnić”.

Ryszard Kapuściński wielokrotnie podkreślał, że zna biedę, że wie, co to znaczy być głodnym czy zmarzniętym. W „Podróży z Herodotem” przywołuje obraz chłopca-domokrążcy sprzedającego mydełka. Jeśli powiedzie mu się handel, zarobi na buty: „Dostępne Polakom buty kosztowały 400 złotych, miały wierzch z grubego drelichu pociągnięty czarnym, wodoszczelnym lepikiem i podeszwy robione z jasnego, lipowego drewna”. Moda a la Warschau, rok ’42. Kiedy po latach, w Indiach, ujrzy reporter z Polski rodem ludzi chodzących boso, odezwie się w nim „jakieś uczucie wspólnoty, pobratymstwa” i ogarnie go nastrój, „jaki odczuwamy, wracając do domu dzieciństwa”.

Ten reporter – bo chłopcem z mydełkami był, oczywiście, przyszły autor „Podróży z Herodotem” – będzie w swoich książkach stawał po stronie bitych, poniżanych, głodnych. Nieszczęśliwych. Z takiej części świata pochodzi, do której szczęście rzadko zaglądało, o czym – właściwie nie wiadomo dlaczego – nie chce się dziś pamiętać. A przecież pamięć tego, kim byliśmy i kim jesteśmy, coraz daje tutaj znać o sobie. Gdy po dramatycznej, a i chwilami tragikomicznej, eskapadzie do Indii, pisarz wracał do kraju samolotem z Moskwy, nad Okęciem jego sąsiad zaczął płakać: „Przepraszam – powiedział do mnie. – Przepraszam. Ale nie wierzyłem, że wrócę.

Był grudzień 1956. Ludzie ciągle wracali z gułagów”.

„Problem” i „no problem”

Ale co właściwie ciągnęło Kapuścińskiego w świat? Pragnienie przekraczania granic: i w przestrzeni, i – co może istotniejsze – w czasie. Stąd zainteresowanie Herodotem, którego „Dzieje” towarzyszyły Kapuścińskiemu w reporterskich podróżach. Herodot też albo właśnie wracał z wyprawy, albo już przygotowywał się do następnej. Też traktował podróż nie jako życiową konieczność ani jako przyjemność, ale „jako wysiłek i dociekanie, jako próbę poznania wszystkiego – życia, świata, siebie”. Czy decydowała o tym ciekawość? Na pewno, ale przede wszystkim potrzeba nieustannego dziwienia się. „Człowiek, który przestaje się dziwić, jest wydrążony, ma wypalone serce. W człowieku, który uważa, że wszystko już było i nic nie może go zdziwić, umarło to, co najpiękniejsze – uroda życia”.

Herodot pisał przede wszystkim o wielkiej wojnie swoich czasów, o zmaganiach władców i ich armii, ale kto wie, czy nie bardziej interesowało go zwykłe życie zwykłych ludzi. Opisywał zatem, jak uprawiają ziemię i w co wierzą, jak spółkują i jak chowają zmarłych. Wszystko go ciekawi i o tym wszystkim chce opowiedzieć innym; ten rasowy reporter „wędruje, patrzy, rozmawia, słucha, żeby później zanotować to, czego dowiedział się i zobaczył, lub żeby po prostu rzecz zapamiętać”.

Kwestię pamięci drąży Kapuściński niemal obsesyjnie. „W świecie Herodota – pisze – niemal jedynym depozytariuszem pamięci jest człowiek. Żeby więc dotrzeć do tego, co zapamiętane, trzeba dojść do człowieka, a jeżeli mieszka on daleko od nas, musimy do niego pójść, wyruszyć w drogę, a kiedy już się spotkamy – usiąść razem i wysłuchać, co nam powie, wysłuchać, zapamiętać, może zapisać. Tak zaczyna się reportaż, z takiej rodzi się sytuacji. ”

Współczesny człowiek ma do pomocy biblioteki, archiwa i sieć internetową. Nie musi więc tak ćwiczyć pamięci i… rozleniwia się. Inna sprawa, co chcemy wiedzieć, jakie wiadomości są nam niezbędne, jakich informacji potrzebujemy. Negusi, z którym Ryszard Kapuściński podróżował po ziemi Amharów, nie znał świata, nie znał Afryki ani własnego kraju, ale na ziemi swego plemienia wiedział, „o każdej ścieżce, o każdym drzewie i kamieniu”. Po angielsku znał dwa słowa: „problem” i „no problem”, co reporterowi całkowicie wystarczało do porozumiewania się z przewodnikiem.

Prowincjusze i pustelnicy

Używając języka naszej doby, powiedzieć można, że swą najnowszą książką wypromował Herodota. Odkurzył go, ustawił we właściwym świetle, wyeksponował wszystkie jego zalety. Z pewnością zasługiwał na to, bo „Dzieje” to, istotnie, pierwsza wielka proza europejska, porównywalna tylko z poematami Homera, bo Tukidydesa niewątpliwie przewyższająca. Budzą nasz podziw starania Herodota, by swą opowieść „sprzedać” jak najlepiej, żeby ciekawymi czy wręcz sensacyjnymi informacjami przykuć uwagę czytelnika (słuchacza). Przy tym autor „Dziejów” nie chce pretendować do roli wszechwiedzącego. Powołuje się na – wcale nie anonimowe! – źródła, nieraz zastrzegając się, że coś tam nie wydaje mu się prawdopodobne, ale tak właśnie twierdzą kapłani z jakiejś świątyni. Jest ostrożny: „Szukając odpowiedzi na najważniejsze dla niego pytanie, a mianowicie – skąd wziął się konflikt między Wschodem i Zachodem, dlaczego panują między nimi wrogie stosunki (…) nie woła: ja wiem! ja wiem! Przeciwnie, sam kryje się w cieniu, a wystawia do odpowiedzi innych”.

A dlaczego Ryszard Kapuściński, gdy przerażony po 11 września 2001 roku świat chce jak najwięcej zrozumieć z tego, co dzieje się dziś, odbywa wyprawę w przeszłość, z „Dziejami” Herodota pod pachą? Ano dlatego, że – jak powiedział Novalis, autor zdania wybranego przez Kapuścińskiego jako motto (jedno z trzech) „Podróży… ” – „wszelkie wspomnienie jest teraźniejszością”. Z kolei T. S. Eliot w połowie lat 40. zeszłego wieku pisał z goryczą o współczesnej mu epoce, w której „ludzie skłonni są bardziej niż kiedykolwiek mylić mądrość z wiedzą, a wiedzę z informacją i usiłują rozwiązać problemy życiowe w terminach techniki… „. Tak – utrzymywał Eliot – rodzi się nowa odmiana prowincjonalizmu, już nie przestrzeni, lecz czasu, a tego rodzaju prowincjonalizm „niesie ze sobą tę groźbę, że my wszyscy, wszystkie ludy planety, możemy stać się prowincjonalni, a ci, którym się to nie podoba, mogą tylko zostać pustelnikami”.

Pod tym względem sytuacja się jeszcze pogorszyła i dlatego wyraźnie tęskniący za prawdziwą mądrością Ryszard Kapuściński przypomina prowincjuszom XXI wieku, że „teraźniejszość istniała zawsze, bo historia jest tylko nieprzerwanym ciągiem teraźniejszości, a najbardziej odległe dzieje były dla ludzi wówczas żyjących ich najbliższym sercu dniem dzisiejszym”.

O tym mówi każda strona Herodota i każda strona „Podróży z Herodotem”, napisanych przez człowieka, którego czas mu dany nauczył jednego. Że wszystko się powtarza: „polityka – przewrotne, nieczyste gry i kłamstwa; życie szarego człowieka – bieda i beznadzieja; podział świata na Wschód i Zachód – ciągle ten sam”. Jak się w tym odnaleźć, co począć? Ma rację Kapuściński. Rzeczywiście, stoimy w ciemności otoczeni światłem. Dobrze, że to nasze życie, życiu kretów podobne, rozświetlają takie książki jak ta.

Ryszard Kapuściński Podróże z Herodotem. Znak, Kraków 2004.

UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*