Ryszard Kapuściński - pisarz, reporter, poeta.

„Cesarz to miał fajne życie” , recenzja książki „Cesarz”

Autor: Wojciech Giełżyński
źródło: Nowe Książki nr 2 1979 s.60-62
data publikacji: 1978-01-01

Kiedyś za legalnych czasów, gdy Festiwal Opolski był wspaniałą, żywą imprezą, sypiąca niespodziankami, wystąpiła w nocnym kabaretonie Piwnica pod Baranami, wtedy będąca w szczytowej formie. Ludzie krztusili się od spazmów śmiechu, to znów zastygali w zadumie i nowym wybuchali kwikiem. Tak szło bite trzy-cztery godziny. Aż na sam koniec wyszła nagle dodatkowa, całkiem nieznana dziewczyna i zaśpiewała „Czarne Anioły”. To była Ewa Demarczyk; spóźniła się na pociąg i dojechała następnym. Przypadek wyreżyserował puentę, która wszystkich dobiła.

Teraz ten sam numer „Czytelnik” powtórzył z Ryszardem Kapuścińskim. Ledwie odbrzmiały zachwyty nad „Jeszcze dzień życia”, pojawiła się w księgarniach „Wojna futbolowa”, a teraz po niej „Cesarz”. I już brakuje superlatywów, krytycy mają kłopot. Tym większy kłopot, że o Kapuścińskim napisano znacznie więcej słów, niżeli on sam wydał drukiem. Trudno teraz dodać coś świeżego a należycie pochwalnego.

„Wojna futbolowa” jest wyborem najlepszych reportaży z poprzednich tomików, z których każdy już był bestsellerem (plus parę tekstów równie świetnych, dotąd nie drukowanych). Recenzowanie i reklamowanie tej książki jest przeto zbędne, bo i tak, nim słowa te ukażą się, w księgarniach już jej nie będzie. „Cesarz” – to pierwszy monotematyczny książkowy reportaż autora, który dotychczas preferował formy krótkie. O ile, rzecz jasna, można „Cesarza” nazwać reportażem – bo to nie jest pewne. Ale o tym za chwilę.

Pisarstwo Kapuścińskiego, który sam najchętniej nazywa tekstami wszelkie utwory wychodzące spod jego pióra (nie bacząc w ogóle na ich klasyfikację i „czystość” gatunkową), oceniano zwykle z punktu widzenia osobliwej poetyki reporterskiej, lapidarnej formy, surowej do granicy ascezy, a zwłaszcza pod kątem „literackości”. Były to założenia niezbyt interesujące; z ich pomocą usiłowano za wszelką cenę udowodnić to, c o w ogóle dowodu nie wymaga: że Kapuściński jest p i s a r z e m i to wybitnym, a nie prasowym reporterem. Cały ten dylemat, który pochłaniał namiętności, jest humorystyczny. Oczywiście, że jest pisarzem, chociaż nie nosi legitymacji ZLP, albowiem uważa się za dziennikarza. Ale zarazem jest wielkim reporterem; literackość jego tekstów nie polega wszakże ani na fabularyzowaniu, ani na „ładnym pisaniu”, lecz na niesłychanej umiejętności dramatyzowania rzeczywistości przez odpowiednią selekcję i ekspozycję faktów sprawdzalnych, czerpanych prosto z życia. Dzięki tym reporterskim zabiegom jego teksty – obok waloru dokumentalnego – nabierają również wymiaru wielkiej metafory politycznej, moralnej, filozoficznej.

Jednakże oprócz klasycznych reportaży, które przeważają w „Wojnie futbolowej”, są w niej i teksty odmiennego gatunku, który w polskiej terminologii publicystycznej nie ma nazwy, więc określa się go obcym słowem „story”. Są to opisy szerszego na ogół fragmentu rzeczywistości, raczej procesów niż zdarzeń, rekonstruowane na podstawie lektur i relacji z drugiej ręki, a nie komponowanie wedle wyników własnej, naocznej penetracji reporterskiej; co najwyżej ułamkowe impresje osobiste pełnią rolę inkrustracji. Osobiście te właśnie teksty Kapuścińskiego, w których objawia się on jako kapitalny znawca Afryki i Ameryki Łacińskiej, cenię najwyżej. A wynika to z prostej przesłanki. Jest fizycznym niepodobieństwem, by reporter był zawsze tam i o właściwym czasie, gdzie dzieje się akurat coś frapującego – takie okazje niestety są rzadkie jak perły w kokilce, przynajmniej w warunkach, w jakich pracuję polscy reporterzy; najlepszym tedy (powiedzmy: z konieczności) sprawdzianem reporterskiego kunsztu jest zebranie i krytyczne uporządkowanie całych stref przekazów cudzych, wybranie z nich faktów znaczących, a następnie ułożenie ich – wraz z relacjami świadków, osobiście przepytanych – w zwartą logiczną i pasjonującą konstrukcję. Poznawczo takie właśnie teksty Kapuścińskiego (innym niczego nie ujmując) są szczególnie wartościowe, np. znakomita relacja o Ben Belli i Bumedienie, z której powinni się uczyć studenci politologii i afrykanistyki. Już poboczna jest okoliczność, że i te teksty „z drugiej ręki” napisane są ponadto piórem mistrzowskim, co gwarantuje im poczytność taką samą, jak najbardziej „osobistym” reportażom Kapuścińskiego.

Warto przypomnieć, że Kapuściński zaczynał od efektownych miniaturek reporterskich, czy raczej zgrabnych nowelek pseudoreporterskich, opartych na bystrej obserwacji jakiegoś szczegółu obyczajowego lub indywidualnego stanu psychicznego. Cieszyły się one ogromnym uznaniem czytelników i krytyki. Ale te debiutanckie teksty, zebrane w okrzyczanym tomie „Busz po polsku”, miały charakter zaledwie wprawek stylistycznych, chociaż zapowiadały ogromny talent syntetyzowania i metafory. Wielkie dokonania Kapuścińskiego – to przede wszystkim opisy i wnikliwe analizy rzeczywistości krajów Trzeciego Świata, szczególnie Afryki i Ameryki Łacińskiej, prowadzące do celnych syntez; Azja, ta najbardziej dramatyczna część świata, jakoś go nie wciągnęła. To dobrze, bo i dla innych coś zostaje.

Czy jednak zadaniem reportera jest nie tylko rzetelny opis, ale też interpretacja świata, tłumaczenie źródeł „inności” odległych kontynentów i obcych kultur? Jest jak najbardziej, skoro nauka czyni to ostrożnie, opieszale i zgoła schematycznie, wciąż ulegając europocentrycznemu skrzywieniu optyki. Więc reporter tej klasy co Kapuściński, który zmagazynował w głowie wiedzę całej biblioteki i instytutu naukowego, nie może uciekać w bezpieczną literackość – jeśli pojęcie to rozumieć jako przedstawienie własnych odczuć, ewokowanych zdarzeniami świata zewnętrznego. Raz zresztą taka przygoda zdarzyła się jemu – a to w Angoli. „Jeszcze jeden dzień życia” było raczej introwersyjna literaturą tous court, niżeli reportażem, mimo że dookoła rozgrywał się jeden z najciekawszych epizodów wyzwoleńczej epopei afrykańskiej. Czytelnicy i krytycy okrzyczeli tę książkę, która była poniekąd unikiem, za najdoskonalsze dzieło Kapuścińskiego – nie bez racji zresztą jeśli mowa o pisarskim warsztacie. Tylko że jako dokument była to książka chybiona.

Natomiast „Wojna futbolowa” jest ozdobą Biblioteki Literatury Faktu i trudno sobie wyobrazić, by którykolwiek reporter mógł w ramach tej serii choćby dorównać Kapuścińskiemu. Nie ma w niej ani jednego tekstu wątpliwego, nawet te angolańskie zyskują w niej na wartości, gdyż są to akurat najlepsze fragmenty z „Jeszcze dzień życia”, wypreparowane w całości nazbyt subiektywistycznej. To ostatnie słowo traktuję pejoratywnie, w odróżnieniu od słowa „subiektywny”, które – co jest pozytywne – znamionuje całą twórczość Kapuścińskiego. (Subiektywny, bardzo własny, osobisty pogląd rzeczywistości może dać – i u Kapuścińskiego daje – w pełni obiektywny obraz zdarzeń i zjawisk; podejście subiektywistyczne zaś – w moim pojęciu – oznacza ignorowanie tego, co dzieje się na zewnątrz, na rzecz tego, co dzieje się w emocjach autora). A stylistyki „Wojny futbolowej” nie ma co zachwalać, gdyż po raz niewiadomo który należałoby powtórzyć komplementy o lapidarności, obrazowości, precyzji i prostocie stosowanych środków pisarskich.

Natomiast koniecznie trzeba podkreślić wyśmienity, nowatorski chwyt formalny, który zastosował Kapuściński, rozdzielając (a może łącząc właśnie?) poszczególne bloki reportaży tekstem nader osobliwym. Jest to narracja o tym, czego reporter nie napisał dotąd „z braku czasu i niedostatku silnej woli”; zbiór notatek, w pośpiechu rejestrowanych na marginesie brulionu; bezpretensjonalne relacje o sekretach pracy reporterskiej; szkice i dyspozycje, z których każdy mógłby urosnąć w reportażu, albo i całą książkę; urwane zdania, sygnalizujące refleksje niedopowiedziane, a nawet niedomyślane do końca; wypisy z lektur, stanowiące trafne pendant do jego własnych reportaży; okruchy zdarzeń, które nie mają większej nośności dla czytelnika, lecz musiały utkwić w pamięci autora („Nie mam pojęcia, jak nazywał się ten Kongijczyk, który uratował nam życie. Nigdy go później nie spotkałem. Był człowiekiem, to wszystko, co o nim wiem”); ale także są w tych strzępach z notesu kapitalne, pełnokrwiste obserwacje, pomagające rozumieć świat, na przykład traktat o CISZY, która „jest takim samym narzędziem politycznym, jak szczęk oręża czy przemówienia na wiecu”. Taka właśnie cisza przez dziesięciolecia spowijała dwór cesarza Etiopii. Hajle Sellasje miał wyjątkowo dobra markę w świecie. Zręczna propaganda plus upodobanie egzotyki, szczególnie honorowanej, uczyniły zeń w Europie bohatera walki narodowowyzwoleńczej, herosa, który pierwszy powiedział NIE faszyzmowi, mądrego Ojca Narodu, który u stóp starożytnego tronu Salomonowego okazuje łaskę maluczkim, a nawet hojną ręką rzuca miedziaki nędzarzom, na koniec zaś jeszcze bojownika idei jedności afrykańskiej. Cisza jednak otaczała mroczne kulisy jego dworu, jeszcze głębsza cisza utajniała zdzierstwa cesarskich dygnitarzy, zaś cisza najszczególniejsza, starannie fabrykowana, kamuflowała setki tysięcy śmierci głodowych w prowincjach dotkniętych suszą.

„Cesarz” zdziera osłonę ciszy z cesarza Hajle Sellasje, krzyczy o gwałcie, jaki dzień po dniu, wśród ciszy i ładu, zadawany był narodowi etiopskiemu. Kapuściński niewiele dodaje od siebie, zawierza relacjom dworaków, których odszukał w zakamarkach Addis Abeby, gdy już ręka rewolucji strąciła ich w nicość z chwalebnych ongi funkcji, polegających na ścieraniu sików cesarskiego pieska Lulu, albo na podkładaniu poduszek pod stopy Najjaśniejszego Pana, by nie dyndały z tronu, albo na kukułkowaniu, czyli oddawaniu Cesarzowi serii ukłonów, wskazujących Mu upływ kolejnej godziny, albo znów na noszeniu woreczka z pieniędzmi za cesarskim skarbnikiem, bądź tez na precyzyjnym co do ułamka sekundy otwieraniu trzech drzwi w Sali Audiencji, gdy Jego Wysokość zamierzał ją opuścić. Z lokajskich opowieści Kapuściński zbudował dzieło, które syntetyzuje mechanizmy Dworskości Idealnej, w wydaniu afrykańskim wprawdzie i zupełnie anachronicznym, lecz nie bez podobieństw do obyczajowości w niektórych innych strefach kulturowych. Czy ten apokryf jest jeszcze reportażem – można mieć pewne wątpliwości; wydaje się, że Kapuściński często – gęsto spuszczał z wodzy nieokiełzaną fantazję, albowiem trudno przypuszczać, by etiopscy lokaje potrafili tak sprawnie operować wysublimowaną stylistyką paradoksu, groteski, paraboli, autoironii, i to jeszcze w archaizowanym języku. Ale – reportaż nie reportaż – w tym przypadku nie ma to żadnego znaczenia; tym razem środkami klasycznie literackimi autor buduje „syntezę reporterską”, prawdziwy obraz tyrańskiej dworskości, aczkolwiek namalowany farbami o przejaskrawionych kolorach. Elementy konstrukcji są z lekka podfałszowane, lecz jej struktura trzyma się kupy. Można i tak uprawiać reportaż, chociaż tylko przy talencie, wiedzy, intuicji Kapuścińskiego; byle nie przeholował.

Raz dał sobie folgę, że jego zdania krótkie są, jak kryształ dźwięczne i klarowne, bez przymiotnikowe, biblijnie surowe, i tak już ubogie w ozdobniki stylistyczne, wyzute ze wszystkiego, co nie jest absolutnie niezbędne, z najprostszych cegiełek zbudowane, jak cela kamedułów bosych. Niedawno zwierzył mi się Kapuściński, że go krytycy duszą, by swoje pisanie zamieszał trochę i zmącił, by zdania były bardziej skomplikowane, wieloznaczne, wielopiętrowe z podtekstami. „A ja nie potrafię – powiedział – bo zaczynam i zaraz szukam, jakby to wyrazić najprostszym obrazem. To jest moja słabość, zdaję sobie z tego sprawę, bo w kwiecisty, barokowy styl można by dużo więcej opakować”. I otóż pokazał, że umie, i tak napisał „Cesarza”, dokładnie taka stylistyką, jaką rzekomo, wedle słów własnych, operować nie potrafi. Stał się zatem reporterem dwujęzycznym, jakby i on sam uległ przeobrażeniu, o którym tak oto powiadał mu Etiopczyk pod kryptonimem P.M.: „…a w następstwie dbałości naszego dobroczyńcy o rozwój sił porządku i objawianej na tym polu hojności tylu policjantów namnożyło się w ostatnich latach jego panowania, tyle wszędzie pojawiło się uszów, przyklejonych do ścian, latających w powietrzu, uwieszonych do klamek, czyhających w urzędach, przyczajonych w tłumie, sterczących w bramach, tłoczących się na rynkach, że ludzie – aby bronić się przed plagą donosicieli – nie wiadomo jak, gdzie i kiedy, bez szkód, bez kursów, bez płyt i słowników nauczyli się drugiego języka, szybko, poliglotycznie opanowali nowy język, przyswoili go i doszli w tym do niebywałej wprawy, tak że my, prości i nieoświeceni, staliśmy się nagle narodem dwujęzycznym. Wielce to było pomocne w życiu, a nawet ratowało życie, ratowało spokój i pozwalało istnieć. Każdy z języków posiadał różne słownictwo i różny sens, a nawet różna gramatykę, a jednak wszyscy umieli uporać się z tymi trudnościami i w porę wypowiedzieć się we właściwym języku. Jeden język służył do mówienia zewnętrznego, drugi – wewnętrznego, pierwszy będąc słodkim, drugi – chropowatym, ten – na wierzch wywalonym, ów do gardła podwiniętym. A już każdy miarkował podług układu i okoliczności, czy ów język wyciągnąć, czy schować, czy odsłonić, czy zakryć”.

Darują mi czytelnicy, mam nadzieję, ten cytat niezwyczajnie długi, lecz świetnie reprezentuje on i stylistykę, w jakiej Kapuściński napisał „Cesarza”, i generalną ideę książki o Etiopii w tym jej momencie historycznym, gdy tron był już mocno nadwątlony.